Recenzje, recenzje i jeszcze raz recenzje. W miarę możliwości tylko dobrych rzeczy.
RSS
czwartek, 05 marca 2009
Żamboch całokształtny
 Żamboch wbił się w moją rzeczywistość w idealnym momencie. Świat wokoło się walił, zło czaiło się po kątach, a przyszłość szczerzyła się złośliwie, wyraźnie uznając mnie za kolejną przekąskę. Sypałam się powolutku, rozpaczliwie chwytając się kolejnych brzytew nadziei, kalecząc sobie palce i okazjonalnie rozbijając się o mur własnej głupoty. Człowiek poobijany traci nieco perspektywę i robi głupie rzeczy – na przykład zwraca się do kompletnie nieodpowiednich osób z prośbą o przyniesienie książki, co do której się zakłada, że się nie spodoba (bo takie pseudo średniowiecze, jakieś paskudne gębiszcze, brrr..). Trzyma się potem w łapach cztery grube tomiszcza przygód niejakiego Koniasza, z lekkim przerażeniem patrzy na objętość i narasta panika w stylu „w co ja się władowałam”, matko, ja to muszę przeczytać, zęby nie wyjść na idiotkę, poza tym włascicielowi tak zależy... (tak, kobiety okazjonalnie tracą rozum). 
 Pierwsze opowiadanie przełknęłam bez większego bólu, zadziwiające. Drugie poszło gładko, trzecie i resztę pochłonęłam jak na głodzie. Poryczałam się przy zakończeniu wątku z Krystyną. Polubiłam z miejsca zarozumiałą smarkulę kupioną na targu. Zaczarowałam się opisami walk, przegapiając dwa przystanki autobusowe. Wpadałam na ludzi, czytając książki na ulicy. To niemożliwe, tak nie można pisać, tak doskonale zaspokajać głodu na postacie pozytywne. Ta lekka ironia, fatalizm, zmęczona determinacja faceta, który po prostu „robi dobrze, bo tak trza”. Jak John McClane w „Szklanych pułapkach”, biegający po szkle w zakrwawionym podkoszulku. Postacie drugoplanowe rosnące pewnie i stabilnie, jak dęby, wrastające w człowieka mocno i naturalnie. Kobiety iskrzące charakterem, a nie służące jako wieszaki na biust do zmacania. Żamboch najwyraźniej lubi swoich bohaterów i owo lubienie przesącza się z kart książek wprost w to miejsce w człowieku, które odpowiada za wywołanie uśmiechu na twarzy. Pewna nieunikniona, uspokajająca przewidywalność fabuły, która nieuchronnie ładuje bohatera w kłopoty w postaci kilkunastu wrednych typów mających jakieś „ale” do biedaka. Taniec z nożami, krew wypełniająca akapity, a wszystko w cudownie wyważonym rytmie. Genialna sprawa.
 Dobra, dobra, może to dlatego, że mój świat się walił? Zobaczmy. Wszystko gra? Gra. No to sięgnijmy po „Bez litości” i co? Rozpływam się. Poranna „mantra” Backley'a, jego demony, determinacja... niby inny niż Koniasz. Niby bardziej mroczny. Ale gdzieś tam, spod wszystkiego wybija się ta cudowna, żambochowa wiara w człowieka i niesamowite ciepło, które nawet w obliczu najgorszego bestialstwa ludzkiego tkwi twardo na swoim stanowisku. Teraz „Mroczny zbawiciel”. Inny klimat, ale równie porywający. Dopiero parę stron, ale na szczęście droga do pracy długa, będzie można przeczytać jeszcze parę. I kolejne. Mocny facet z potworem w umyśle i w ciele. Inny świat. Ale wiem, że gdzieś tam na mnie czeka potężna dawka optymizmu i dobroci, nie tej tchnącej sentymentalizmem i naiwnie rozmaślającej się w żenujących opisach, ale tej, która potrafi dać w mordę. Trudna miłość ogrodnika odcinającego chore pędy, choć boli. Poświęcenie nie ze szlachetności ale z poczucia obowiązku, które każe wstawać raz po raz, bo tak się godzi. 
 Żambocha czyta się lekko. Nie dlatego, że błahy, ale dlatego, że słowa gładko przebiegają przed oczami, w bliskim mi rytmie i melodii. Uwielbiam Żambocha. Choćby dlatego, że ani razu się na nim nie zawiodłam.
07:09, szyszka_dono
Link Komentarze (3) »
sobota, 12 lipca 2008
Wypychacz zwierząt
Tytuł: „Wypychacz zwierząt” (i inne opowiadania)
Kategoria: książka
Autor: Jarosław Grzędowicz

Do Ulubionych? Zdecydowanie TAK

Z Grzędowiczem to jest tak, jak z wysiedzianym fotelem – zna się każdą kłującą sprężynę, ale i tak się wieczorem siada na nim ze szklanką kakao w dłoni. Każde opowiadanie znam z innych zbiorków czy dodatków, ale trzymanie ich w jednym dość pokaźnym tomiku było powrotem do domu.

Uwielbiam jego bohaterów, swobodę w prowadzeniu opowieści. Nie ważne czy opowiadanie ma parę stron czy jest sporym pożeraczem papieru – wszystkie są okrągłe i kompletne. Niektóre są zaskakujące, inne ironiczne, inne śmieszne, a w większości przypadków czułam się, jakbym była z dobrym znajomym na piwie, wiecie, takim, na którym jeden kufel stoi cały wieczór, bo ludzie gadają, gadają i gadają. Jeśli chodzi o mnie to przedkładam krótkie wyraźne opowiadania nad epickie rozlazłe powieści, więc taki tomik to młyn na moją wodę, szczególnie, że można robić sobie dobrze zasłużone przerwy między jedną historią a drugą i przygotować kolejną herbatę (albo kakao, co kto woli).

Ale do rzeczy: mamy gilotynę, martwego kota, butelkę cytrynowego bolsa, łódź podwodną i motyle czasu. Mamy raj obiecany przez kosmitów i ponurą rzeczywistość matriarchalną. Tyle światów, tyle emocji ile może znieść papier, nie ma sensu skupiać się na każdym opowiadaniu z osobna, a żeby ogarnąć całość trzeba wejść na taki poziom ogólności, że można powiedzieć tylko „łał”. Dla mnie miarą miodności stylu pisarza jest tempo, w jakim kończę daną książkę – takie cudo jak „Z mgły zrodzony” trawię już drugi miesiąc, Grzędowicza zeżarłam w dwa wieczory. Zrobiłabym to w jeden, ale skończyło by się to masakrycznym przejedzeniem, więc postanowiłam zostawić sobie coś na deser. Tak, to są dobre opowiadania. Rewelacyjne opowiadania. Genialne opowiadania. Może nie tyle odkrywcze fabularnie, jakieś szczególnie pomysłowe ale zawsze są świetnym eksperymentem myślowym, ciekawym pomysłem, wokół którego zawija się opowieść. To tak, jakby oglądać fragmenty rzeczywistości przez okno pociągu, zatrzymując się na kolejnych stacjach – ma się niesamowite wrażenie istnienia szerszej całości. Niewielu jest pisarzy którzy bez nachalnych wyjaśnień potrafią opisać kompletny świat (klasycznym przykładem jest „Achaja”, gdzie mamy całe rozdziały w stylu „a teraz opowiem wam o tym, czemu tutaj jabłko nie spada w dół”), świat inny i zarazem podobny, bez uciekania się do opisu w jednym akapicie kilkunastu dziwnych urządzeń z przyszłości (podszedł do mlekodatora i wyciągnął zużytą plichwę), gdzie sterowce są wyznacznikiem alternatywnego świata a koty są kotami, a nie łatwym sposobem na oryginalność (żeby nie było – proszę spojrzeć na ilość kotów powieściowych, które się ostatnio namnożyły jak szarańcza. Szczególna plaga dotknęła powieści kobiece, gdzie kot jest symbolem współczesnej polskiej Bridget Jones. Brrrr...). Tak, Grzędowicz to jest to.

Wiem, ze po necie krąży kilkanaście pełnych zachwytu recenzji tego tomiku. Wiem, że nie mówię nic nowego. Wiem. Nie obchodzi mnie to, że moja recenzja nie mówi nic o „warsztacie twórczym”, nie jest profesjonalna, bo nie zawiera krótkich recenzji każdego opowiadania z osobna. Wiem.

Ja chcę tylko usiąść znowu w moim fotelu i powiedzieć „łał”.

08:37, szyszka_dono
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 czerwca 2008
Korzeniacy, czyli jesień Wsamrazków
Tytuł: "Korzeniacy, czyli jesień Wsamrazków"
Kategoria: książka
Autor: Janina Wieczerska

Do Ulubionych? Tak


Wychowana na Bahdajach i „czarnych Stopach”, karmiona dziewczęcymi ckliwościami w stylu „Polyanny” czy „Małej księżniczki”, pożerałam książki w tempie astronomicznym i domagałam się jeszcze, w końcu na odczepne dostałam „Korzeniaków”. Bo duże i grube to było, wiec pewnie na długo starczy... o, naiwności ludzka. Nie można było mnie oderwać, po pierwszym rozdziale byłam na śmierć zakochana w jednym z bohaterów i w zupełności nie przeszkadzało mi to, że cała trójka ma imiona typu Nibek, Robek i Fantek – nie po „Sposobie na Alcybiadesa” i innych „Wakacjach z duchami”, gdzie typy takie jak Pikador, Perełka, Ciamcia czy inny Pędzel (niech mi ktoś zdradzi, czemu większość miała przezwiska na „P”) były na porządku dziennym. Jakoś to, że mieszkają sami bez rodziców w głębi lasu też nie było dziwne. Przytkało mnie chyba dopiero to, że jeden z bohaterów począł „saperką okopywać ułamek szkła”. Saperką? Co to było Szklana Góra? Od zdania do zdania i nagle to niesamowite olśnienie – ta książka jest o... krasnoludkach.

Mało tego, że o krasnoludkach – jest to książka o odchodzeniu legend, o ekologii, o pułapkach władzy, o kotach w blokowiskach, magii i technice. Książka magiczna a zarazem zwyczajna, w wielu miejscach smutna i przerażająca, w całej masie innych – rozbrajająco serdeczna i ciepła. Walka z Kwadratowym o zamek, pierwsza wyprawa do miasta, porwanie Fantka i przecudowna, włóczykijowata postać Łazika – wszystko składa się na niesamowicie barwną i pomysłową historię, która porusza tematy, których nie ma za wiele w polskiej literaturze dziecięcej (jeszcze pamiętne „Fortele Jonatana Koota”) – wyrąb lasów, odprowadzanie ścieków czy ekologia wielkich osiedli mieszkaniowych. Z drugiej strony mamy ludowe wierzenia, magiczne przesądy, świat, który nieuchronnie odchodzi w przeszłość, ale i ulega zmianie, by dopasować się do czasów współczesnych. Paradoksalnie – wszystko kończy się dobrze... na tyle, na ile mogło.


Najlepszą reklamą niech będzie to, ze po prawie 20 latach ciągle pamiętam imiona bohaterów i mogę w miarę dokładnie streścić fabułę, podczas gdy w takim „Szatanie z siódmej klasy” mam problemy, czy główny bohater miał na imię Adaś czy Piotruś – wiem, że profesor zawsze te imiona mylił, ale zabijcie mnie, nie pamiętam które jest pierwotne.



Adaś.


No, mniejsza o moją sklerozę. „Korzeniacy” czekają.
08:35, szyszka_dono
Link Komentarze (6) »
wtorek, 10 czerwca 2008
Gotowi na wszystko
Tytuł: "Gotowi na wszystko"

Kategoria: książka
Autor: Richard Glover

Do Ulubionych? Tak

Jedna z nielicznych książek, których „zachętka” na tylnej okładce praktycznie zupełnie nie pasuje do środka - moim zdaniem treść książki daleko odbiega od powszechnego stereotypu o mężczyznach, a czytając tył miałam wrażenie, że to jeszcze jedna książka z tych „dlaczego mężczyźni wspinają się na kaktusy, a kobiety zjadają mapę” czy jakoś tak. Wiecie, taka niby mądra, a niby śmieszna jazda po różnicach między płciami napisana przez sfrustrowanego psychologa.

W środku – miłe zaskoczenie. Pierwsze cztery strony okraszone zostały przeze mnie kilkoma wybuchami szczerego śmiechu, na następnych było równie miło. Między okładkami mamy coś na kształt felietonów z życia codziennego autora, który jest australijskim dziennikarzem i prezenterem radiowym. Niesamowicie lekki, ironiczny styl, dzieło człowieka wprawionego w krótkich, acz treściwych formach, niekiedy hiperbolizujący (martwe karaluchy w kuchni układające się w napis „przegrałeś chłopie” zwaliły mnie z nóg), często po prostu uszczypliwy, a zawsze zabawny. Do przeczytania w dwa dni, ale zabawy jak na tydzień.

O samej treści ciężko cokolwiek powiedzieć, jako że książka do złudzenia przypomina występ komika na scenie – występ, w którym w ciągu kwadransa temat może zmienić się dziesięć razy na zasadzie ciągu skojarzeń - od festynu gospodarczego można przejść do opisu chlewika o uroczej nazwie „Szczyt Smażeń” czy kampanii marketingowej produktu „jamniczki w cieście”. Tutaj wielkie brawa dla tłumacza za wdzięczne przetłumaczenie żartów językowych i zgrabne przeniesienie australijskich przejawów popkultury na grunt polski przy równoczesnym zachowaniu zdrowego rozsądku i umiaru. Wielki, naprawdę wielki ukłon, takie perełki zdarzają się stanowczo zbyt rzadko. A efekt – piorunujący.

Książkę zabrać ze sobą na wakacje, przeczytać, obśmiać się jak fretka, odłożyć i przeczytać jeszcze raz zimą. Idealna zarówno dla kobiet jak i mężczyzn – byle by tylko byli obdarzeni poczuciem humoru.

08:15, szyszka_dono
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 czerwca 2008
Atelier Iris: Eternal Mana

Tytuł: "Atelier Iris: Eternal Mana"

Kategoria: gra PS2

Producent: Gust (Jp), Koei (Eu)

Do Ulubionych? Tak


Jedną z moich słabości jest dwuwymiarowa grafika w grach, tak więc jestem prawie w pełni usatysfakcjonowana - na szczęście trójwymiarowe jest tylko tło, a paskudny render pojawia się jedynie na mapie świata, reszta jest ślicznym rysowanym cacuszkiem – choć wielbiciele realizmu srodze się zawiodą (tych odsyłam do obejrzenia „Seirei no Moribito”, o którym wspomniałam notkę wcześniej). Ja jednak mam malutkiego szmergla na punkcie takich cicikowych postaci, więc wizualnie zostałam nakarmiona aż nadto.

Zaczęło się tradycyjnie – on grał, ja patrzyłam, ale później pojawiła się Persona 3... i moja ukochana druga połowa poczęła grać w Atelierki „na odwal”, żeby tylko skończyć i dopaść nowego (tak, u nas jest zasada jedna gra na raz – inaczej nigdy byśmy niczego nie skończyli). Nie, na to się nie godzimy – zakrzyknęło moje sumienie wespół z utajonym fetyszem dwuwymiarowych postaci... i zaczęłam grać sama. Tak. Ja. Sama.

Gra jest stworzona dla kobiet – system walki praktycznie wymaga tylko ciągłego naciskania „X” na padzie, potem jedynie przekierowania na odpowiednie umiejętności paru postaci, a jeśli się jest uczciwym i grzecznie walczy w każdej walce na początku, to sama rozgrywka nie wymaga wirtuozerii ani zaawansowanych technik strategicznych. Dopiero przy pierwszym poważniejszym „bossie” miałam jakiś problem, ale wynikał on z tego, że zupełnie nie używałam umiejętności postaci i nie wiedziałam, która się może przydać, by potwora uciachać. Parę prób z zaciśniętymi zębami i było dobrze. Jednak główna siła gry to przedmioty.

Pal sześć fabułę, znowu jakieś ratowanie świata przed szalonym typem, który ubzdurał sobie, że posiądzie „ultimate power” czy inne cudo, które oczywiście przejmuje nad nim kontrolę i robi bubu. Nie powiem, żeby to była zła fabuła – ot, nic szczególnego, po prostu tradycyjne, lekko sentymentalne RPG. Ale przedmioty, przedmioty! Moja natura chomika aż tarzała się z zachwytu, tyle rzeczy do zebrania i skatalogowania!

Po pierwsze – możliwość syntezy. Otóż w kilku miejscach (sklepach i barze) mamy możliwość alchemizezowania (tak, głupie słowo, ale co mi tam) przedmiotów. Postać za ladą znalazła na jakiś przedmiot przepis, a naszym zadaniem, jako alchemika, jest ów przepis zrealizować - wcale nie musimy tego robić, ale jesteśmy nagradzani uroczymi scenkami z udziałem bohaterów, czasem naiwnie zabawnymi, czasem inteligentnie złośliwymi, ale za każdym razem aż przyjemnie się patrzy. W dodatku raz zrealizowany przepis może być wykorzystany do zrobienia czegoś zupełnie innego, jeśli inaczej dobierzemy składniki. A składniki walają się po drogach, wiszą na drzewach, wypadają z potworów... albo są wynikiem niecnego czaru „Zamień w cukierka”. Mało tego – możemy iść do panny Lector (o niezbyt czystych intencjach, jeśli chodzi o kocie uszka jednej z bohaterek), która za zsyntetyzowane i zebrane przedmioty daje nam nagrody – a to pieniążki, a to obrazek, a to melodyjkę. A przedmiotów jest dużo, bardzo dużo, mamy calutką listę, żeby się bawić i śledzić progres. Zbieranie ich to najlepsza zabawa w grze, przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Do dziś żałuję, że przegapiłam jedną skrzyneczkę i nie udało mi się skończyć listy – ale odgrażam się już teraz, że zagram kiedyś jeszcze raz, a co.

Co się jeszcze może podobać dziewczynom? Ha, na przykład mój ulubieniec, Arlin – mroczny, nieszczęśliwy typ (zawsze taki jeden się znajdzie), który jednym ciosem rozwala połowę wrogów (aż przyjemnie się patrzy). Albo niespodziewane questy poboczne, które znajdywałam przypadkowo – ot, przynieść kwiatek dla babci, znaleźć złodzieja klejnotów... albo przypadkowe scenki z bohaterami, albo to, że można zamieniać się w królikopodobne cosio i włazić w rożne miejsca, albo to, że można odkryć kawałek lokacji podlatując do góry... świetnie przemyślane mapy, swoją drogą – wracanie do nich nie nudzi, szczególnie, że gra unika czegoś w rodzaju „idź do miejsca A, zabierz przedmiot, idź do miejsca B, gdzie dowiesz się, że przedmiot ma być wykorzystany w miejscu A”, co mnie zawsze irytowało. No i dodatkowy loch, który otwiera się po jednorazowym przejściu gry (gdzie odzyskujemy naszego ulubieńca, który miał tupet się odłączyć, drań) – gdzie mamy możliwość walki z... trzema złotymi świnkami, które – jak na dodatkowy loch przystało – są o wiele potężniejsze niż główny boss gry. A jaką zabawę się ma, jak się wykończy ostatnią świnkę... nie, nie będę mówić, co dostałam i jak się to skończyło, hi hi.

Dodatkowo – gra ma przecudowną muzykę. Wpadającą w ucho, przyjemną, bardzo zróżnicowaną (nie trzeba w kółko słuchać tego samego kawałka), tak uroczą, że z przyjemnością słucham jej także poza grą. W dodatku jest praktycznie w pełni zdubbingowana, a głosy też są dobrze dobrane (w wersji japońskiej, angielskiej nie jestem w stanie słuchać. Jeśli będę chciała kwestii mówionych tak, jakby każda głoska była odrębną istotą, to sobie obejrzę „Ulicę Sezamkową”. Nie, nawet w „Ulicy” tak tragicznie nie ma). Jedna mała wada – gra „zapomina” ustawień i automatycznie przełącza na angielski po każdym wgraniu. Brrrrr....

Podsumowując – miłe 15-20 godzin zabawy (no, trochę więcej, jak chce się zrobić wszystko samemu, bez pomocy przejściówki).

09:03, szyszka_dono
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 czerwca 2008
Seirei no Moribito

 

Tytuł: "Seirei no Moribito" (Guardian of the Sacred Spirit)

Kategoria: seria TV (anime) - 26 epizodów

Reżyser: Kenji Kamiyama

Do Ulubionych? Zdecydowanie TAK


Rzadki klejnot w nurcie fantasy. Rzadki, bo nie bazuje na oklepanym pomyśle "ja plus moje magiczne zdolności" czy " „oto prawda objawiona o życiu i przeznaczeniu”. Nie, to seria dla osób o wysokich wymaganiach – precyzyjnie stworzony świat, który zachwyca swą naturalnością, postacie, które są wiarygodne w każdym swoim geście i słowie, wręcz magiczny rytm snucia opowieści i niesamowita umiejętność budowania napięcia nawet w codziennych sytuacjach.

Balsa – wojowniczka chroniąca chłopca noszącego w sobie jajo Wodnego Ducha – zachwyca. Wojowniczki zazwyczaj są przedstawiane jako „facet z biustem”, zaprzeczające swej kobiecości bezuczuciowe monstra albo (w najgorszym wypadku) – machające ledwo okutymi „atrybutami” długonogie panny, które traktują zbroję jak sukienkę wieczorową (dekolt musi być, a i plecy odkryte też by się przydały). Balsa owszem, jest chyba najbardziej „męską” postacią, ale równocześnie jest kobietą, która dojrzewa do bycia matką. Biust posiada, ale nie macha nim na prawo i lewo, ot, po prostu go ma i już. Miłośnicy uroczych podrygiwań srogo się zawiodą... choć z drugiej strony tacy miłośnicy nie wytrzymają więcej niż dwa, góra trzy odcinki.

Nie samą Balsą fabuła stoi, było by niesprawiedliwością tylko na niej zakończyć opis. Każda postać coś wnosi, ubogaca świat widza: książę Chagum godzący się ze swym przeznaczeniem, cierpliwy i łagodny znachor Tanda, oschła szamanka Torogai.... Najważniejszą zaletą jest to, że – jak mówiłam – postacie są wiarygodne, spójne i nie irytują głupim, „to chyba ma być śmieszne” zachowaniem. Ot, żyją jak mogą najlepiej. Żadnego heroizmu, tragizowania i poświęcenia, po prostu pewne rzeczy muszą być zrobione i już. Poezja.

Fabuła prosta, ale w końcu najlepsze opowieści opowiadają o najprostszych rzeczach. Nawet epicką tolkienowską Trylogię można streścić w „ no i ci dobrzy idą wrzucić pierścień do wulkanu, by pokonać tego złego”. W „Seirei” nie ma co prawda „głównego złego” - jest za to jajo, które musi się wykluć, by nie zapanowała wieczna susza, chłopiec, który je nosi i kobieta, która się nim opiekuje. To, jak bohaterowie dowiadują się krok po kroku, co należy czynić, jak próbują ułożyć sobie życie od nowa w zupełnie niespodziewanych okolicznościach, jak się zmieniają, dojrzewają... paradoksalnie jest to równie ekscytujące jak nieliczne sceny pogoni i walki, które się tu i ówdzie pojawiają.

Jeśli zaś o walkach mowa – pełen szacunku ukłon w stronę animatorów. Świetnie zrealizowane sceny pojedynków, rozbryzgi błota w odpowiednią stronę, tkaniny furkoczą tak, jak powinny, ślady na ziemi zostawiane przez walczących, żadnych niemożliwych „przyczajonotygrysowych” numerów w stylu skok na pięć metrów w górę i lądowanie na ostrzu włóczni przeciwnika – po prostu rzetelne okładanie się bronią. Cała animacja właściwie tak wygląda – od powiewów wiatru, które przyginają trawy z różną siłą i równocześnie z różną siłą targają włosami postaci, poprzez ślady na mchu ludzi wędrujących brzegiem strumienia aż do ruchów chmur na niebie – wszystko aż razi dokładnością. Chmury w kilkunastu kolorach, o niepowtarzalnych kształtach i fakturach? Czemu nie. Skały o różnej strukturze, barwie i kształcie na każdym kadrze? Czemu nie. A widz może pozbierać szczękę z podłogi. Film tak umachać, to owszem, ale całą serię TV? Szacunek ponownie, panowie (i panie).

Obejrzeć koniecznie... i ostatecznie się przekonać, że animacja to nie tylko „Reksio” i „Schrek”

 

20:47, szyszka_dono
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 czerwca 2008
Brida

Tytuł: "Brida"

Kategoria: książka

Autor: Paulo Coelho

Do Ulubionych? Zdecydowanie NIE


To jest nie do Czytania. Może nie tyle ze względu na nadętą Fabułę, co irytującą Manierę pisania. Coehlo nie pisze, tylko Pisze, dużymi literami podkreślając to, co Niby jest Ważne. Za to ja uważam, że taki zabieg jest jest Okropny i Głupi. A już na pewno na Poziomie wierszy emującej Nastolatki.


Też tak kiedyś pisałam. Miałam lat dwanaście i gębokie przekonanie, że jeśli nie napiszę Miłość, Ukochany i Prawda, to tekst nie będzie miał w sobie tego przeogromnego ładunku Emocji, nie bedzie wystarzająco poważny, ważny i mądry. "Zobaczył swą Ukochaną i serce zadrżało mu z Miłości" i takie tam. Od razu widać, że to nie byle jaka ukochana, a miłość na pewno jest nieziemska (jak również tragiczna, bo tylko tragiczne... przepraszam - Tragiczne miłości są Prawdziwe). Zważywszy na to, że jest to trzecia książka tego pana, a wydana została dopiero teraz, mogę spokojnie założyć, że była po prostu tak kiepska, że się jej nie opłacało wydać, zanim nie wytworzyło się w narodzie owczego pędu do książek Mistrza. Teraz fani każdą szmirę spod jego pióra kupią, więc można sobie pozwolić na coś z niższej półki.

Żeby nie było - kiedy dziewczęciem młodym byłam, zaczytywałam się w Alchemiku i do dziś uważam, że to jest dobra książka. Oparta na prostym pomyśle zaczerpniętym z "Modlitw Żaby" czy innej ludowej opowieści, trochę natchniona, ale w jakiś ciekawy sposób magiczna. Sęk w tym, że jestem zbyt wymagająca, by zadowoliło mnie przełykanie pustych frazesów tylko dlatego, że zamast "człowiek" wszędzie pisze się "Wojownik Światła" czy czytanie po raz setny o Magach i Miłości. A "Brida" jest po prostu apogeum nadętych frazesów. W dodatku pisanych dużymi literami.

Wytrzymałam chyba pięć stron. Nie, zdecydowanie jakieś "Rytuały Słońca", "Rytuały Księżyca", kabała, chrześcijaństwo i buddyzm w jednym kotle - śmierdzi mi to New Age i wizjami na ziołach. Sam Coehlo we wstępie pisze, że rytuały magiczne są autentyczne. Nie, dziękuję, postoję. Szamanizm w wersji ekumenicznej zostawiam innym nacjom rodem z filmów o Jamesie Bondzie czy seriali typu "Lost".

Nie ma nic gorszego niż śmiertelna powaga w sprawach oczywistych. 

11:31, szyszka_dono
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 maja 2008
Klub Dumas

Tytuł: "Klub Dumas"

Kategoria: książka

Autor: Arturo Perez-Reverte

Do Ulubionych? Zdecydowanie TAK 

 

Ach, "Klub Dumas"! Jedna jedyna książka, która sprowokowała mnie do podkreślania cytatów. Fabularnie - na poziomie, nic jakoś szczególnie wbijającego się w pamięć, ot, troszkę kryminału, tajemnicza nieznajoma i cios w mordę od czasu do czasu... ale klimat, ten klimat! Zakurzonych antykwariatów, historii literatury, przeplatanie się rzeczywistości i fikcji literackiej, a ten bohater! Corso to mężczyzna z gatunku tych, którym mężczyźni stawiają kielicha, kobiety łaszą się do rąk, a po jego wyjściu wszyscy ze zdumieniem odkrywają, że nie mają portfeli. Lekko nabzdryngolony, cyniczny, nieco noir w poglądach na życie wielbiciel "Moby Dicka" i Napoleona (Bonaparte, choć i płynnym by nie pogardził) szuka manuskryptu ilustrowanego przez szatana, walcząc po drodze z bohaterami wprost z kart "Trzech Muszkieterów", jako że równocześnie o potwierdzenie autentyczności manuskryptu pana Dumas chodzi. Uwielbiam go.

 

Książka o książkach, tak naprawdę, o miłości do książek tak wielkiej, że  przesłaniającej człowieka, opętującej, kapryśnej i bezwzględnej. Zadziwiające jest to, że nie o samą treść książek chodzi - chyba jedynie Corso kochać może ksiażki dla ich treści, choć pozornie jest tylko rzemieślnikiem wyszukującym stare egzemplarze na zlecenie. Reszta bohaterów owszem, na treść zwraca uwagę, ale tak naprawdę chodzi im o fizyczny wymiar obecności papieru. 

 

Perez z pieczołowitością reportera wojennego oddaje bezwzględność ludzkości. Ludzie są egoistyczni i chciwi - mówią jego książki. Nic nie jest święte - nawet dla piękna można zabijać... a może przede wszystkim dla niego? Zabijanie dla książki czy kromki chleba, dla zasobów ropy czy w imię ideałów - to tylko różne oblicza egoizmu, który popycha ludzi do krzywdzenia innych. W tym wszystkim tkwi najemnik, który swą biernością urasta do bohaterstwa. Perez mówi: nie masz wpływu. Jeśli będziesz walczył, poniesiesz porażkę. Najlepsze, co możesz zrobić, to rzetelnie wykonać swoją pracę. 

 

A miał być to taki pocieszny, lekki kryminałek. 

08:03, szyszka_dono
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 maja 2008
Pomniejsze bóstwa

Tytuł: Pomniejsze bóstwa"

Kategoria: książka 

Autor: Terry Pratchett

Do Ulubionych? TAK

 

Zdecydowanie moja ulubiona książka Ptarchetta (choć ostatnio książki o Vimesie zaczynają poważnie jej zagrażać). Bezpretensjonalna, prosta i przewrotnie zabawna na bardzo wysublimowanym poziomie. Wielki Bóg Om podniósł swoją żółwią łapkę i stała się przygoda. 

Owszem, książki Pratchetta zazwyczaj są przewrotne, czerpią garściami z utartych schematów, statecznych zasobów kultury, filozofii czy sztuki i wykręcają je jak imprezowe baloniki,  znajomość wiedzy "normalnej" tylko podkręca zabawę. Zazwyczaj sięgając po nie wiemy, czego sie spodziewać - wampirów o skłonnościach samobójczych (w wytwórni osinowych kołków czy przy eksporcie czosnku), magów nie mających problemów z rzeczywistością (to rzeczywistość ma problem z nimi), albo chociaż cynicznego gadającego psa. To wiemy. Jednak ta książka jest wyjątkowa, bo pod pierzynką absurdu kryje się zaskakująca prawda o istocie wiary i wiedzy.

Wątek wiary przewija się w wielu innych częsciach serii o Świecie Dysku.  W "Pomniejszych bóstwach" jest motywem przewodnim. Wiara jest siłą o wielkiej mocy sprawczej - nie tylko wiara w jakieś bóstwo, ale również żelazne przekonanie o skuteczności pogrzebacza przeciwko potworom.  To ta siła, która każe nam pić obrzydliwe ziółka dwa razy dziennie (na schudnięcie),  która każe nam chuchać na kostki, by wyrzuciły dwie szóstki, która zmusza nas do pracy dzień po dniu w nadziei na lepsze jutro. Wiara, która przekuwa się na motywację. Wiara wewnętrzna, która nie potrzebuje przekonywania innych, że jest najlepsza, ta sama, która cukrowe tabletki zamieina w najskuteczniejsze lekarstwo. Taka, która działa. Pratchett nie moralizuje, wbrew pozorom, nie jest anty-religijny ani pro-. Wiara i religia to podobne, ale nie dokładnie takie same sprawy - mówi, a robi to z sympatią i wdziękiem.

 Nie wiem, może to ja mam wrazenie, że kiedy pisze niektóre książki to się ciepło uśmiecha? 

08:31, szyszka_dono
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 maja 2008
"Ślepa wierzba i śpiąca kobieta"

Tytuł: "Slepa wierzba i śpiąca kobieta"

Kategoria: książka


Autor: Haruki Murakami


Do Ulubionych? TAK

 

 

Murakami dotyka tego trudnego tematu dorosłych-niedorosłych, poetów-bankierów, tematu świata oferującego tak wiele pustych kalorii, że zatraca się smak śliwki i rozmarynu. Bohaterowie rozmawiaja ze sobą seksem - smutnym, cichym, porażającym w swej samotności. Seks stał się językiem - mówi Murakami. Otacza nas ze wszystkich stron, włazi do oczu, uszu, znamy go doskonale, nie potrafimy mówić inaczej, tylko gdzieś tam w tyle głowy brzęczy nam pragnienie innego języka - emocji, słów, pragnień, dążeń - ale nie potrafimy tamtych słów wydobyć na światło dzienne. "Wydaje mi się, że całe życie trwam obok ludzi, wyczekując odpowiedniej chwili, by się ulotnić", "Zastanawiam się, czemu ze mną sypia. Myślę, że po prostu potrzebuje kogoś, by móc przy nim płakać". "Mówisz do siebie, jakbyś recytował wiersze". Proste, pełne zdania. Równym, cichym rządkiem sączą się wprost do środka. Pozbawione wyraźnej puenty, zawieszone niczym obrazki. Zupełnie inna mentalność, a jednak dziwnie bliska.

Surowa "Amelia". Metafizyczne "Cześć, Tereska". "Hamlet" wystukany alfabetem Morse'a.

Murakami daje nam do ręki chleb i dżem. Wiadomo - chleb osobno jest zwyczajny, dżem osobno jest za słodki. Razem tworzą świetną kombinację będącą więcej niż sumą całości. Ale Murakami robi coś niespodziewanego - każe zjadać do końca kęs chleba, dopiero potem łyżkę dżemu. Kęs, łyżka, kęs, łyżka. Więcej niż każde osobno, ale gdzieś zostaje tęsknota za kanapką.

Najdziwniejsze jest to, że człowiek czuje się taki syty.

08:46, szyszka_dono
Link Komentarze (2) »